Prezenty na święta, czyli kto o #łapjaja pamięta

15285034_1518113524881972_6011183765220399028_nTworząc tego bloga, aktywnie udzielając się w mediach czy też tworząc akcję #łapjaja zawsze myślałem oczywiście o innych. O tych, którzy trafiają tutaj po informacje, wskazówki a czasami po pocieszenie, odrobinę otuchy. O tych, z którymi regularnie koresponduję pomagając swoją wiedzą i doświadczeniami w chorobie. O tych, z którymi mam od czasu do czasu przyjemność pogadać na żywo.

O tych, którzy piszą w wiadomościach, że coś wykryli i dzięki temu miejscu wiedzą co robić. I o tych, których akcja #łapjaja miała szansę złapać na chwilę za rękę i przekonać, żeby regularnie się badać.  Albo w ogóle pomyśleć o tym, że trzeba się badać. Bo pracy w tym temacie jest mnóstwo. Ale jak się powiedziało „złap” to trzeba powiedzieć też „jaja”.

Ale byłbym hipokrytą, gdybym napisał, że ja sam nie chcę czerpać z tego wszystkiego czegoś dla siebie, poza oczywistą satysfakcją, z tego co tutaj robię. Dlatego myśląc o #łapjaja myśleliśmy (razem z agencją odpowiedzialną za jej wizualizacje) o jej skuteczności, ale i potrzebnej do tego kreatywności. To był swego rodzaju pakt podpisany z naszymi partnerami kreatywnymi – robimy coś i dobrego, i fajnego, żeby potem mieć powód do podwójnej dumy. I dlatego zgłosiliśmy akcję #łapjaja do branżowych nagród marketingowych Mixx Awards.Trochę na zasadzie „a może się coś uda zrobić jeszcze, żeby #łapjaja nie zostało zapomniane”.

I co się okazało? Zdobyliśmy dwie nagrody, stając na tej samej scenie w warszawskim Multikinie z nagrodzonymi za kampanie dla takich marek jak Allegro, Orange, Ikea, Play czy H&M. Wielkie budżety, a my z #łapjaja za kilka zgrzewek jajek zerówek. W jednej z kategorii nagrody razem z nami otrzymały kampanie dla Fundacji Alivia czy SOS Wioski dziecięce. Wielkie agencje, sztab ludzi, wielkie produkcje. No fajnie. Każdy powinien się tym cieszyć. A nas tym bardziej pamiętając jak przygotowania do #łapjaja wyglądały. I cieszymy się także z nimi. Ale już, już – bez kombatanctwa, tutaj jest optymistycznie.

Wiele osób pytało się mnie i dziwiło, że cała akcja była wymyślona i przeprowadzona za własne pieniądze, z ludźmi którzy w 90% zrobili wszystko za darmo, a zapłacić musieliśmy za oczywiste rzeczy takie jak rekwizyty, kawę, jaja czy pracę kilku osób, którzy na zapłatę po prostu zasłużyli. Myślę, że to też po części efekt mojego nastawienia do pomagania, do pracy także z myślą o innych, które wpoił mi mój Tata (Tata, wieloletni ordynator węgrowskiego szpitala, odszedł od nas miesiąc temu, 2-go listopada, w nocy, po długiej chorobie – piątka Tato, gdziekolwiek jesteś, to także dla Ciebie to wszystko, nie taki zły ten syn Ci na koniec urósł, co nie?) oraz wielkich serc wszystkich ludzi, którzy mniej lub bardziej pomogli. Bez wchodzenia w szczegóły.

Podsumowując. Fajnie jest robić rzeczy fajne, ważne i jeszcze doceniane. Cieszę się z tej akcji, jak i z nagród za tę akcję, jak chyba jeszcze nigdy dotąd w swoim zawodowej i „onkologicznej” karierze. Chociaż nie – bardziej cieszyłem się jak po ostatnim cyklu wlewek wreszcie przestało mi się od rana do wieczora chcieć rzygać.

Na koniec jeszcze jedna kwestia, dla mnie zupełnie niezrozumiała. Przez cały czas trwania akcji oraz po akcji praktycznie nikt ze środowiska fundacji zajmujących się profilaktyką nowotworową (poza kilkoma wyjątkami) nie zdobył się nawet na przysłowiowego „i like na Facebooku”, chyba udając że takiej akcji nie było i nie ma?

Ciekawe dlaczego, skoro profilaktyka powinna być w interesie nas wszystkich. Ale tego mogę się, jako ktoś zupełnie z zewnątrz, kto chce zrobić po prostu coś dobrego, tylko i wyłącznie domyślać.

 

 

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *